Sunąc przez miasto – poruszanie się w dużym mieście a minimalizm

Miasto to jeden wielki organizm i od każdej z osób włączających się do miejskiego krwiobiegu zależy kondycja tego organizmu. Jak pogodzić poruszanie się w mieście z minimalizmem?

Samochód wprawdzie jeszcze mam (choć coraz mniej we mnie pewności, że to niezbędne), jednak korzystam z niego sporadycznie. Na własny użytek wprowadziłam zasadę – jak najmniej jazdy samochodem w mieście. W praktyce oznacza to, że do pracy podróżuję komunikacją publiczną, a popołudniami i w weekendy często wsiadam na rower. Zachęcam też do tego syna. Powodów jest wiele, ale najważniejsze to: chęć zmniejszenia śladu ekologicznego, dążenie do oszczędności i lepszej organizacji czasu, potrzeba utrzymania dobrej kondycji.

Sunąc przez miasto

Trasę z domu do biura pokonuję korzystając z komunikacji miejskiej. Z kwartalną kartą miejską żongluję dowolnie dostępnymi opcjami (metro, tramwaj, autobus), aczkolwiek mam swoje ulubione. Na pierwszym miejscu stawiam tramwaj, bo nie smrodzi spalinami, bo nie stoi w korkach, a coraz częściej – dotyczy to nowych składów – sunie po szynach cicho (ważne – poziom hałasu w mieście znacząco odbija się na komforcie życia!). Na drugim miejscu jest autobus. Najrzadziej w drodze do pracy korzystam z metra. Wprawdzie szybkość przemieszczania się większa, ale sztuczne światło to dla mnie duży dyskomfort. Ciśnienie podnoszą mi też powszechne w porannych godzinach szczytu potrącanie na schodach i upychanie pasażerów na wzór szprotów w puszce. Jeśli mogę – unikam.

Doceniam sensowną sieć komunikacji miejskiej. Domyślam się, że nie we wszystkich miejscowościach, a nawet nie we wszystkich dzielnicach Warszawy jest ona tak samo dogodna, ale w podróżowaniu publicznym transportem widzę wiele zalet, które znoszą ewentualne trudności. Pierwsza z zalet to oszczędność w dwóch wymiarach: finansowym (kwartalna karta miejska kosztuje tyle, co paliwo na miesiąc dojazdów do pracy) oraz ekologicznym (na jedną osobę podróżującą samotnie samochodem 4-osobowym przypada ponad pięć razy więcej CO2 wydalonego do atmosfery niż na jedną osobę podróżującą autobusem wypełnionym setką pasażerów*).

Druga zaleta to lepsza organizacja czasu. To oczywiście kwestia indywidualna, ja jeżdżąc tramwajami i autobusami więcej czytam, notuję w tym czasie pomysły, czasami zasłyszane słowa, z których później korzystam w pracy. Kolejny punkt to możliwość poznania miasta. Wierzę, że miasto najłatwiej poznać przez ludzi – nie chodzi tylko o to, że komunikacja miejska jest demokratyczna i daje dostęp do pełnego przekroju lokalnej społeczności, ale też o to, że węzły komunikacyjne, popularne punkty przesiadkowe (okolice dworców, kluczowe skrzyżowania, place, muzea, uczelnie) to najczęściej także małe miejskie serca, które tłoczą energię do wszystkich miejskich tkanek. Wreszcie, na co zwróciła uwagę Monika Elliott, jazda tramwajem z dzieckiem to prawdziwa przygoda i ćwiczenie wyobraźni, bo oto nagle tramwaj staje się brzuchem wieloryba a wszyscy pasażerowie rybami połkniętymi przez potwora…

I jeszcze coś, co szczególnie doceniam jako rodzic – poczucie wspólnoty. Fakt, że najmłodsi i najstarsi korzystają z transportu publicznego bezpłatnie postrzegam jako ważny czynnik spajający społeczeństwo. Teraz mój syn oczekuje, że znajdzie się dla niego miejsce siedzące, jednak wie też, że ten czas minie, wkrótce jego zadaniem będzie ustępowanie miejsca innym. Jeżdżąc tramwajami uczy się różnych interakcji międzyludzkich, ćwiczy planowanie (rozkłady jazdy, przesiadki), poznaje topografię miasta. Na to, aby mógł w ten sposób przygotować się do życia, składam się ja, płacąc za bilet i inni pasażerowie, płacąc za swoje bilety. W tym sensie wspólnie pomagamy kształtować młode pokolenie i wspieramy starsze, które kiedyś finansowało nasze bezpłatne przejazdy.

Jeden ślad

Popołudniami i w weekendy przesiadam się na rower. Ze względu na rosnącą sieć rowerów miejskich rozważałam nawet, czy muszę mieć swój jednoślad, uznałam jednak, że przy tak częstym korzystaniu i dojazdach do miejsc oddalonych od lokalizacji stacji Veturilo, posiadanie roweru jest lepszym rozwiązaniem. Czy zimą drażnią mnie nieodśnieżone ścieżki rowerowe, gdy biegnący tuż obok chodnik jest odśnieżony i posypany piaskiem? Drażnią! Czy wkurzają mnie żywopłoty zarastające drogi dla rowerów? Wkurzają! Nic jednak nie może się równać z rodzinnym wypadem na piknik, uzupełnieniem treningu capoeira powrotem do domu na rowerze, albo odprowadzaniem do przedszkola syna, który wyrasta właśnie ze swojego trzeciego roweru i rzadko kiedy – bez względu na pogodę – zostawia go rano w domu.

Cieszy mnie każda trasa przebyta jednośladem, bo wiem, że dzięki temu utrzymuję w lepszej kondycji siebie i miasto: minimalizuję zanieczyszczenie spalinami, przyczyniam się do rozwoju sieci dróg rowerowych (bo jaki sens miałoby robienie tego, gdyby nie było rowerzystów śmigających na co dzień po mieście?) Widzę jak zapełniają się ścieżki rowerowe, gdy tylko rusza sezon Veturilo. Ilu z tych rowerzystów jesienią i zimą jeździ komunikacją miejską? Sądzę, że sporo i tym bardziej widzę sens zachęcania do przesiadki na rower w cieplejszych miesiącach. Pod skrótem ZTM kryje się Zarząd Transportu Miejskiego – transportu samochodowego, ale też rowerowego. Mieszczą się w tym podróże metrem, dojazdy na lotnisko, sieć autobusów i tramwajów oraz cała Rowerowa Warszawa.

Agata Szczotka-Sarna

Fanka prostych przyjemności - dążę do bardziej świadomego życia, poszukuję minimalizmu w miejskim życiu. Prywatnie jestem mamą Edgara i Eryki, żoną M., właścicielką buldożka francuskiego imieniem Brutus. Staram się w swoim tempie i stylu godzić to, co rodzinne, z tym, co zawodowe. Dzięki blogowi spełniam się jako twórcza dusza.
Agata Szczotka-Sarna