karta biblioteczna, karta miejska, karta rabatowa

Karty w portfelu – jakie warto mieć i jak z nich sensownie korzystać?

Karty w portfelu: płatnicze, kredytowe, lojalnościowe. A może miejska i biblioteczna? Które z tych kart warto mieć w portfelu i jak z nich korzystać, by miało to sens?

Przyglądam się zawartości swojego portfela. Obok kart płatniczych (dwie) i lojalnościowych (cztery), mam jeszcze dwie karty, które uważam za najcenniejsze: miejską i biblioteczną. Kredytowej nie mam (ufff).

Początkowo ten post miał dotyczyć tylko karty miejskiej i bibliotecznej, bo chciałam pokazać w jaki sposób dają wolność. Gdy jednak przyjrzałam się zawartości swojego portfela, zaczęłam zastanawiać się, w  jaki sposób korzystam z kart lojalnościowych / rabatowych i postanowiłam dodać przemyślenia także na ten temat.

Karty lojalnościowe

Większe sieci zwykle mają swoje programy, w ramach których oferują zniżki, gratisy itp. Nie jestem demonem zakupów, a jednak w tej chwili mam cztery karty lojalnościowe i faktycznie aż trzy z nich są z sieciówek.

Dokładnie sprawy mają się tak:

  1. Karta z marketu budowlanego >>>
    korzystałam z niej głównie ze względu na ubiegłoroczny remont. Jej zaleta jest taka, że ma zapisane wszystkie transakcje w tym sklepie, więc gdybym chciała dokupić płytki, farbę, łatwo je odszukać w systemie. Można też złożyć reklamację i zrobić zwrot bez paragonu (przetestowałam, działa).
  2. Klasyczna tekturowa karta z pieczątkami z Księgarni Dwie Siostry >>>
    to jeden z wyjątków, bo program oferuje księgarnia nie sieciowa. Program rabatowy jest prosty, a ważniejszy jest w nim człowiek niż sztywne zasady. I tak na przykład podczas ostatniej wizyty dostałam pieczątki za zakupy moje przyjaciółki, która ich nie zbiera. Do tego przeurocza księgarka doradziła, abym rabat wykorzystała, gdy nie będzie innej akcji promocyjnej (akurat obowiązywał rabat urodzinowy).
  3. Karta z popularnej drogerii >>>
    zamierzam z niej korzystać tylko do czasu, kiedy moja córka wyrośnie z produktów niemowlęcych.
  4. czwarta karta była z kawiarnianej sieci, ale… właśnie wyleciała w ramach porządków 😉

Karty lojalnościowe warto mieć, jeśli pamiętamy aby:

  • Rzeczywiście ich używać
    Niby oczywiste, ale fakt, że znalazłam w swoim portfelu kartkę z sieciówki, w której nie byłam od miesięcy pokazuje, że łatwo zapomnieć o takich pseudo skarbach. Nie ma sensu gromadzenie wielu kart, jeśli rzadko zaglądamy do tych miejsc.
  • Ocenić funkcjonalność danego programu i to, czy korzyści z posiadania karty nam odpowiadają
    Idealny przykład to moja karta z marketu budowlanego, bo rabat to jedno, ale fakt, że moje transakcje są zapisane i nie muszę przechowywać paragonów to – w tym przypadku – o wiele ważniejsza sprawa.
  • O ile to możliwe zastąpić plastikowe karty papierowymi, albo – jeszcze lepiej – przerzucić się na aplikacje. Sama nie korzystam z tej możliwości, ale wiem, że fani Kekemeke (aplikacji gromadzącej ‘pieczątki’ z różnych miejsc) mnie poprą 🙂

Karta miejska

Jestem wiernym użytkownikiem komunikacji publicznej. Uważam, że jest – przynajmniej w Warszawie – dość dobrze zorganizowana i pozwala dotrzeć właściwie wszędzie. Owszem, czasami zawodzi, ale także rowery i samochody bywają zawodne.

Gdy z powodów zdrowotnych musiałam na jakiś czas porzucić rower, komunikacja miejska stała się dla mnie synonimem wolności. Im bardziej o tym myślałam, tym więcej wymiarów tej wolności dostrzegałam:

  • Wyrażanie siebie – kartę można spersonalizować wybierając własną grafikę. Drobiazg, ale miły.
  • Odkrywanie miasta – mając kartę miejską możesz dotrzeć w najdalsze zakątki miasta – to ważne, by poczuć, że jest się częścią jakiegoś miejsca, zainspirować się czymś nowym, nieznanym. Pójście do parku albo na spacer w innej dzielnicy jest dużo łatwiejsze z kartą miejską.
  • Finanse – przypominam, że kwartalna karta miejska kosztuje tyle, co paliwo na miesiąc dojazdów do pracy samochodem 😉 W dodatku teraz, gdy karta miejska może być jednocześnie Kartą Warszawiaka, mamy także wolność korzystania ze zniżek w całym mieście. Przyznam, że sama zapominam o tej ostatniej możliwości, ale mam nadzieję to zmienić.
  • Czas – precyzyjniej układasz plany (podróż jest powiązana z rozkładem jazdy) i przez to działasz sprawniej. Podczas jazdy możesz swobodnie czytać / słuchać muzyki / planować, a u celu nie musisz szukać miejsca do parkowania (ani samochodu, ani roweru).

Karta biblioteczna

Jestem molem książkowym. Wielu książek, które chcę przeczytać nie ma w lokalnej bibliotece, albo trafiają tam z dużym opóźnieniem i wymagają zapisania się na listę oczekujących. Mimo to, uważam, że kartę biblioteczną warto mieć, bo daje:

  • Dostęp do lektur – nie tylko różnorodnych książek, ale też czasopism i gazet, więc nie musisz ich kupować. Nigdy nie wiadomo, co nam wpadnie do głowy i warto sprawdzić, czy biblioteka nie może pomóc w realizacji tego czytelniczego planu.
  • Bezpłatną poradękupując książki w kameralnej księgarni możemy liczyć na poradę księgarza i tym samy odkryć autorów i tytuły, które wpasują się w nasze potrzeby. W bibliotece także! W dodatku zdarza się, że pracownicy biblioteki mają ukończone kursy biblioterapii. To świetna sprawa, ponieważ poprzez dobór lektur mogą pomóc w uzyskaniu nowego spojrzenia na problemy i sytuację czytelnika.
  • Przestrzeń – mając dostęp do biblioteki… nie musisz trzymać książek w domu. Wiem, łatwo powiedzieć 😉 ale to fakt – możesz liczyć, że w bibliotece znajdziesz wiele spośród tytułów, które masz we własnej biblioteczce. Najlepiej sprawdzić w katalogu (też tak zrobię!)

Wyciągnij swój portfel i zrób szybki przegląd. Pomyśl, że jeśli jakieś karty dobrze w nim mieć, to lepiej właśnie biblioteczną i miejską, niż… kredytową albo nieużywane karty rabatowe!

Sunąc przez miasto – poruszanie się w dużym mieście a minimalizm

Jak kupować książki – tanio, kameralnie czy na własnych zasadach?

Agata Szczotka-Sarna

Agata Szczotka-Sarna

Fanka prostych przyjemności - dążę do bardziej świadomego życia, poszukuję minimalizmu w miejskim życiu. Prywatnie jestem mamą Edgara i Eryki, żoną M., właścicielką buldożka francuskiego imieniem Brutus. Staram się w swoim tempie i stylu godzić to, co rodzinne, z tym, co zawodowe. Dzięki blogowi spełniam się jako twórcza dusza.
Agata Szczotka-Sarna