Prowadzenie dziennika – sprawdzone sposoby na osiąganie równowagi przez pisanie

Prowadzenie dziennika może wnieść do naszego życia wiele pozytywnych zmian, ale tylko pod warunkiem, że znajdziemy metodę i rytm pisania, które nam odpowiadają. Zapiski ‘z życia’ w różnej formie prowadzę właściwie od zawsze, jednak dopiero w ostatnich latach zaczęłam eksperymentować z różnymi metodami pisania. Dziś dzielę się obserwacjami z tych eksperymentów. Bo co do tego, że warto zacząć i prowadzić dziennik, nie mam wątpliwości. Pozostaje jednak pytanie: jak to robić?

Metoda klasyczna

Po prostu siadasz i notujesz to, co chcesz w notatniku albo cyfrowym pliku. Raz piszesz więcej, innym razem mniej. Psioczysz na to, co cię mierzi, wylewasz żale i opisujesz drobne radości. Albo nie. W końcu to twój dziennik, więc nikomu nic do tego. Ja korzystam z notatnika ze zszywanymi, czystymi kartkami, zwykle w twardej oprawie. Uważam, że to dobra opcja, bo nie ograniczają mnie linie ani kratki, a solidne mocowanie stron i okładka zapobiega rozpadnięciu się notesu, który służy mi przez dłuższy czas (w jednym z nich pierwsza notatka datowana jest na grudzień 2009, a ostatnia na sierpień 2013). Piszę piórem albo długopisem – to także szczególne, bo luźne notatki chętniej robię ołówkiem.

Z częstotliwością bywa różnie. Jeśli już prowadzisz dziennik, wiesz pewnie, że nie zawsze jest on dziennikiem, czyli zbiorem zapisków z poszczególnych dni. Przynajmniej tak jest w moim przypadku – zdarza się, że nie notuję przez kilka dni, czasami nawet tygodni. Jeśli jeszcze nie piszesz, to warto mieć tę myśl z tyłu głowy i zacząć na luzie. Dobrze ujął to Greg McKeown w książce ‘Esencjalista”:

“Kiedy ludzie zaczynają prowadzić dziennik, pierwszego dnia zapisują zwykle kilka stron. Drugiego dnia perspektywa napisania równie dużej liczby słów staje się tak przytłaczająca, że zaczynają z tym zwlekać, aż w końcu rezygnują. (…) Powstrzymaj się przed pisaniem długich elaboratów, dopóki prowadzenie dziennika nie wejdzie ci w nawyk”.

Metoda minimalistyczna

Na minimalistyczną wersję dziennika zdecydowała się Gretchen Rubin, autorka poradnika “The Happiness Project”. Już na początku trzeźwo oceniła swoje możliwości i stwierdziła, że pisanie elaboratów nie jest dla niej, ale zdoła zanotować wieczorem jedno lub dwa zdania. Jednocześnie dodała do tego – wzorem Elizabeth Gilbert – prowadzenie “dziennika szczęścia”, czyli notowania najszczęśliwszego momentu danego dnia. Z czasem zaś doszła do zapisywania trzech rzeczy, za które jest danego dnia jest wdzięczna – to typowy dziennik wdzięczności. Prowadzenie takowego ma pomóc w pobudzaniu uważności, a – cytując Rubin:

“Praktykowanie uważności przynosi wiele korzyści: naukowcy podkreślają, że uspokaja umysł i wspomaga pracę mózgu, pomaga jasno i wyraźnie dostrzec spotykające nas wydarzenia, może pomóc w przełamaniu niezdrowych nawyków, uspokoić i poprawić nastrój. Redukuje stres i chroniczny ból. Sprawia, że ludzie stają się szczęśliwsi, mniej wycofani, chętniej wchodzą w relacje z innymi.”

Z formuły dziennika wdzięczności korzystałam przez jakiś czas, jednak zmęczyła mnie ona – wydawała się nienaturalna. Dostrzegam wprawdzie zalety rozwijania w sobie wdzięczności, ale czuję, że gdy ten stan się przydarza i odnotowuję go świadomie, choćby tylko w swojej głowie, działa silniej, niż przywoływany w celu zapisania. Moim zdaniem lepiej przeżyć w pełni jeden moment wdzięczności, niż doszukiwać się w pamięci trzech po to, by uzupełnić notatki.

Metoda morning pages

Metoda prowadzenia zapisków wymyślona przez  Julię Cameron nawiązuje do strumienia świadomości. Można pisać w notatniku, można na komputerze. Bez względu na nośnik, chodzi o to, aby każdego ranka notować trzy strony. Dlaczego właśnie tak?

Strumień świadomości → zapiski mają mają być luźne, bez osobistej cenzury, bez redakcji. Notujesz to, co pojawia się w twojej głowie.

Rano→ bo właśnie  wtedy, nim zbudzi się cały dom, nim rzucisz się w wir zajęć, jest szansa na to, aby wydobyć z siebie swobodny strumień myśli i w spokoju je zanotować

3 strony → autorzy strony internetowej stworzonej dla korzystających z tej metody porównują limit stron do limitu czasu podczas sesji terapeutycznej. Zachowanie ram ilościowych sprawia, że nie popadamy w obsesję na swoim punkcie, nie skupiamy się nadmiernie na sobie, ale skupiamy się na tyle, by móc z siebie wyrzucić to, co ważne, czyli tak właśnie, jak podczas spotkania z terapeutą.

Korzystałam z metody morning pages przez cały 2015 rok. Teraz także korzystam, ale już nie tak regularnie. W moim przypadku rzadko były to poranne zapiski – lepiej sprawdzały się wieczorne, także dlatego, że wybrałam – w przeciwieństwie do mojego standardowego dziennika – notowanie na komputerze, a tak intensywny kontakt ze świecącym ekranem zaraz po przebudzeniu, był dla mnie często koszmarem. Jasne, mogłam zmienić metodę notowania, korzystałam jednak z morning pages, aby się rozpisać z myślą o artykułach, więc sensowniejsze wydawało się użycie komputera. Sama metoda moim zdaniem jest super, a limit trzech stron ma sens – im częściej się do trzymałam, tym więcej zalet dostrzegałam: pozbycie się uporczywych myśli, uporządkowanie emocji, sprawniejsze formułowanie zdań.

Prowadzę dziennik i co dalej?

Najczęstsze pytanie dotyczy tego, czy do raz zrobionych zapisków warto wracać. Uważam, że warto, bo dopiero wtedy dziennik może spełnić swoje funkcje: dyscyplinującą, terapeutyczną, kronikarską. Czasami te jego zalety ujawniają się w najmniej oczekiwanych momentach – oto przykłady z mojego życia:

  • Gdy zostałam poproszona o przeanalizowanie swojego życia pod kątem okresów obniżonego nastroju, okazało się to znacznie łatwiejsze dzięki zapiskom. Przeglądając je, zauważyłam nawet, że nie tylko zawartość, ale też częstotliwość pisania i długość notatek jest skorelowana z moim stanem. Dziennik okazał się więc dobrym narzędziem do spojrzenia w przeszłość i zbadani pewnych tendencji w moim życiu.
  • Z wielu notatek – szczególnie tych z morning pages – zrodziły się artykuły, które publikuję na blogu. Coś, co miało być tylko strumieniem świadomości, przerodziło się w pisarską rozgrzewkę.
  • Dzięki temu, że prowadzę zapiski od dłuższego czasu, łatwiej mi dostrzec postępy, jakie robię. Mogę sprawdzić, jak radziłam sobie z trudnymi sytuacjami, czy realizowałam swoje plany. Czytając cele sprzed kilku lat, odkryłam na przykład, że owszem, zrealizowałam je, ale zajęło mi to więcej czasu, niż pierwotnie sądziłam. Dla mnie to był jasny sygnał, że narzucam sobie zbyt duże tempo, nie biorę pod uwagę przeciwności, które mogą się pojawić. Mając narzędzie w postaci dziennika, mogłam prześledzić, jak cały ten proces przebiegał i zmodyfikować swoje postępowanie przy kolejnych dużych celach.

Korzyści z prowadzenia dziennika

Pewnie sporo zalet wynikających z pisania dostrzeżesz prowadząc swój dziennik. Wiele też może zależeć od metody, na którą się zdecydujesz. Aby Cię jednak przekonać do założenia dziennika, postanowiłam w jednym miejscu zebrać korzyści z pisania, które ja dostrzegam:

  1. Jasność umysłu – pozbycie się uporczywych myśli, uporządkowanie emocji.
  2. Wprawa w pisaniu – sprawniejsze formułowanie zdań, rozwijanie słownictwa.
  3. Pobudzanie kreatywności – dostrzeganie nowych związków między zdarzeniami, generowanie pomysłów i rozwiązań.
  4. Rozwój osobisty – śledzenie zmian w swoim życiu na przestrzeni czasu, obserwacja własnych stanów i zachowań w trudnych sytuacjach.
  5. Wzmacnianie dobrostanu – praktykowanie uważności i wdzięczności.
Agata Szczotka-Sarna

Agata Szczotka-Sarna

Fanka prostych przyjemności - dążę do bardziej świadomego życia, poszukuję minimalizmu w miejskim życiu. Prywatnie jestem mamą Edgara i Eryki, żoną M., właścicielką buldożka francuskiego imieniem Brutus. Staram się w swoim tempie i stylu godzić to, co rodzinne, z tym, co zawodowe. Dzięki blogowi spełniam się jako twórcza dusza.
Agata Szczotka-Sarna